Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wywiady. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wywiady. Pokaż wszystkie posty

środa, 3 listopada 2010

Vidian - wywiad

Do zbliżającego się wielkimi krokami koncertu Tides From Nebula pozostało już tylko kilka dni. Czas zatem porozmawiać z następnym zespołem, który poprzedzi występ post-rockowców z Warszawy. Panie i Panowie, przed Wami wymiatacze z Vidian, a raczej 1/5 składu - Adam.

Kilka tygodni temu zakończyliście pracę nad rejestrowaniem Waszego nowego materiału. Opowiedz mi o pracy nad nim.

Materiał nagraliśmy w dniach 5-17 lipca w gdyńskim studio Sounds Great Promotion pod okiem (a raczej uchem) Kuby Mańkowskiego i Jana „Dziablasa” Galbasa. Wcześniej pracowały tam m.in. takie kapele jak Blindead, Behemoth czy Pneuma, a także nasi kumple z The Sin, więc bez obaw zdecydowaliśmy się na to studio. Teraz jesteśmy na etapie kosmetycznych poprawek miksu, materiał niedługo powinien zostać s,kończony – niestety pewne sprawy przeciągają się niezależnie od nas i od Kuby. Album powstawał od września zeszłego roku, pracowaliśmy nad nim wspólnie, każdy z nas dał coś od siebie i miał wpływ na ostateczny kształt muzyki. Sama sesja przebiegła bez większych problemów, była świetna atmosfera, choć kosztowało to nas wszystkich dużo wysiłku i czasami trochę nerwów. Ale było warto. Na pewno dużo się nauczyliśmy i jestem pewien że zdobyte doświadczenie zaprocentuje na następnym materiale który zresztą już powoli powstaje.

Jak zatem rysują się plany wydawnicze?

Mamy jakieś pomysły i plany co zrobić z tym dalej, ale dopóki nie będzie niczego pewnego, to zachowamy to dla siebie :) Nasze demo znalazło się w necie do pobrania za darmo, nową płytę chcielibyśmy jednak ładnie wydać, żeby można było ją postawić sobie na półeczce. Co do piractwa – z jednej strony jestem w stanie zrozumieć że przy tym natłoku wydawnictw i cenach nie każdy może sobie pozwolić na zakup tylu płyt, ile by chciał. Poza tym wiadomo że łatwiej kliknąć kilka razy i mieć mp3 zapisane na dysku. Z drugiej strony zespoły takie jak nasze nie zarabiają na muzyce ani grosza, a sprzęt i nagrania nie są za darmo. Jeśli podoba Ci się muzyka jakiegoś zespołu to kup płytę! Ale nie potępiam też ludzi którzy ściągają muzykę z neta, to nie jest taka czarno-biała kwestia. Zresztą, kto z nas nigdy nie ściągnął płyty lub nie wypalił od znajomego niech pierwszy rzuci kamieniem.

Jeden z numerów, który znajdzie się na longplayu nosi bardzo zimny, techniczny tytuł: Programmed Cell-Death. O czym opowiada warstwa tekstowa waszych kawałków i kto za nią odpowiada. Czy płyta posiada jakiś koncept?

Płyta nie posiada konceptu rozumianego w taki sposób jak np. płyty Kinga Diamond czy kapel art-rockowych, teksty nie opowiadają jakiejś konkretnej historii, chociaż są oczywiście spójne i jakoś ze sobą powiązane. Tytuł płyty to „Irrelevant Nonsense Machine Element” i w tekstach poruszamy tematy związane z miejscem człowieka w świecie. Żyjemy w chorej rzeczywistości, jesteśmy tak naprawdę nieistotnymi elementami wielkiej maszyny nonsensu. Wystarczy włączyć na chwilę dowolny program informacyjny lub wejść na portal internetowy żeby zobaczyć, że to co nas otacza to istne piekło, które sami sobie zgotowaliśmy. Zresztą tak naprawdę wystarczy rozejrzeć się wokół siebie. O tym na przykład opowiada „World Shall Fall” – o zgniliźnie powoli pożerającej wszystko wokoło, o zarazie jaką jest ludzkość. Człowiek sam dla siebie jest największym zagrożeniem, dążymy do samozagłady z uśmiechem na ustach. Każdy z tekstów oparty jest na naszych przeżyciach, doświadczeniach, emocjach które nas dotykają. Oczywiście, nie jest to wszystko napisane wprost, chcemy żeby słuchacz miał pewną swobodę interpretacji, odbierał to po swojemu i odnajdywał w tym wszystkim coś, co jest mu bliskie. Za większość tekstów odpowiadam ja, ale Maniak i Szy także napisali po jednym, a jeden stworzyliśmy wspólnie. Warstwa tekstowa jest dla mnie tak samo ważna jak muzyka, nie wyobrażam sobie pisania tekstów „o niczym”, to jeden ze sposobów na wyrzucenie z siebie emocji, pewnego rodzaju oczyszczenie.

Gdybyście mieli opisać Waszą muzykę osobie, która w życiu Was nie słyszała, to jakich określeń użylibyście bez wspomagania się popularnymi, medialnymi szufladkami?

Hmm... Najtrudniejsze zadanie to chyba opisanie tego, co się samemu robi. Staramy się robić muzykę po swojemu, najważniejszym kryterium jest nasz własny gust. Chcemy grać coś, czego chętnie słuchalibyśmy jako odbiorcy. Nie będę tutaj wymieniał nazw innych zespołów, nie będę używał szufladek – jeśli lubisz ciężkie, nowoczesne, motoryczne, lekko transowe granie – sprawdź nasz album.

Macie za sobą doświadczenia w kapelach prezentujących bardzo różne gatunki. W jaki sposób wpłynęły one na Wasz styl.

Każdy z nas ma za sobą różne doświadczenia muzyczne, od najbrutalniejszych gatunków metalu, przez hc, punk-rocka, elektronikę i po granie popularnych przebojów hahaha. Na pewno doświadczenia wyniesione z tak różnych projektów procentują i mają wpływ na nas jako muzyków. Nieważne, czy grasz grind-core czy szanty – wszędzie można się czegoś nauczyć, to bardzo rozwija. Jeśli grasz na jakimkolwiek instrumencie powinieneś próbować się w jak najróżniejszych stylach muzycznych, to świetny sposób na rozwijanie horyzontów i umiejętności. Gdybym miał grać tylko metal to chyba bym zwariował. Na przykład uwielbiam bluesa i mam nadzieję, że czas pozwoli mi na pogranie go częściej niż bym chciał. Grunt to czerpać radość z grania, styl ma tu drugorzędne znaczenie.

Rozumiem zatem, że prócz Vidian masz w zanadrzu jakieś inne plany muzyczne?

Tak, powoli kiełkuje pewien projekt nie mający zbyt wiele wspólnego z metalem, ale na razie zbyt wcześnie żeby podać jakieś konkrety.

W jakim stopniu eklektyczne gusta członków zespołu (przykład: projekt Audio Science Experiment Maniaka) przekładają się na muzykę Vidian?

Każdy z nas słucha bardzo różnej muzyki, w każdym gatunku można znaleźć coś dobrego i wartościowego. Gdzieś te nasze gusta i inspiracje spotykają się i takim punktem stycznym jest właśnie Vidian. Wiadomo, że pewne rzeczy w tym zespole nie przejdą, ale szerokie spojrzenie na muzykę pozwala inaczej podejść do tego, co się robi. Wszyscy jesteśmy wielkimi fanami muzyki, słuchamy jej nałogowo i nie wyobrażamy sobie życia bez dźwięków płynących z głośników. Nieważne czy to CocoRosie, Morbid Angel, Hallucinogen czy Blasphemy – zresztą mógłbym tu wymienić niezliczoną ilość wykonawców – liczy się tylko jakość muzyki. Nie jestem w stanie odpowiedzieć na ile przekłada się to na to, co robimy jako Vidian, choć z pewnością nie da się uniknąć inspiracji innymi artystami.

No dobra. Dużo opowiedziałeś mi o muzie, a kiedy będzie można znów usłyszeć Was na żywo?

Niedługo gramy w Bydgoszczy z Tides from Nebula, Obscure Sphinx i Killing Nutility, zapowiada się świetna impreza! Mamy na koncie trochę koncertów w Polsce i za granicą (na początku roku graliśmy np. na festiwalu Nacht Uns Nicht w Niemczech), ale niestety niełatwo w tym kraju przebić się na jakieś fajne gigi. Na każdym koncercie spotykaliśmy się z bardzo pozytywnymi opiniami, myślę też że każdy występ pozwala nam być coraz lepszym zespołem koncertowym. Mam nadzieję iż nowa płyta pozwoli nam pokazać się szerszej publiczności i że najlepsze koncerty dopiero przed nami :)

Doszły mnie słuchy ze przed 11 listopada zaszły w Vidian niewielkie zmiany personalne.

To prawda. Nowym basistą został znany tu i ówdzie Łukasz „Late”, szeregi Vidian opuścił natomiast Maniak, jego miejsce zajął Arek, znany chociażby z hardcorowej kapeli Down to Concrete. Mam nadzieję że to już koniec zmian personalnych i że w nowej postaci Vidian będzie silniejszy niż kiedykolwiek!

Ile czasu musicie poświęcać na utrzymanie w ryzach takiej kapeli jak Vidian?

Staramy się grać próby jak najczęściej, regularne spotkania to moim zdaniem podstawa funkcjonowania zespołu. Oczywiście, kosztuje to trochę pracy, czasu i wysiłku, ale też nie różnimy się chyba specjalnie pod tym względem od innych zespołów. A w ryzach jakoś się trzymamy – mam przynajmniej taką nadzieję :)

Co sądzisz o wsparciu mediów (albo i jego braku) dla grup parających się ciężkim graniem?

Wsparcie mediów… Uważam, że cała sytuacja na polskim rynku muzycznym jest, delikatnie mówiąc, chora. Zaczynając od wytwórni, przez towarzyskie kółka wzajemnej adoracji, po… słuchaczy. Mamy w Polsce dużo zdolnych, fajnych kapel. Co z tego, skoro np. nie mają kilku tysięcy złotych żeby pojechać w trasę z bardziej znanymi zespołami? Nie mówi się o tym, ale płacenie za udział w trasie kilku tysięcy złotych (młode kapele płacą z własnych kieszeni) to dzisiaj norma. Dlatego widzimy non stop te same nazwy na plakatach. Wytwórnie nie wyłapują młodych zdolnych, nie inwestują w nich – najlepiej nagrać materiał w zawodowym studio, samemu zapłacić, oddać za darmo i dziękowac że ktoś się w ogóle zainteresował. Nie zrozum mnie źle, nie oczekuję teraz cudów – ale zwykłego szacunku. Na szczęście są ludzie którzy na różne sposoby bezinteresownie pomagają młodym zespołom i to się chwali. Ale w tym miejscu trzeba wspomnieć o największej chyba bolączce w Polsce – publice. Może teraz się narażę, ale uważam że to odbiorcy w dużej mierze odpowiadają za ciężką sytuację. W Polsce nie chodzi się na koncerty! Jeśli w kilkuset tysięcznym mieście (!!!) na koncert potrafi przyjść 15 osób???? Nawet jeśli nie zawsze promocja imprez jest na najwyższym poziomie, to jednak zainteresowanie koncertami jest tragiczne. Ostatnio byłem na koncercie Sadist – wspaniała sztuka, rewelacyjne wykonanie – razem ze mną pod sceną było max. 20 osób. A mówimy o zespole, który naprawdę nie gra od wczoraj! A gdy, jak co roku, przyjeżdżają Coma, Kult czy Acid Drinkers (czyli Ci wykonawcy którzy są mocno promowani) to nagle klub jest pełen! Wynika z tego, że wśród tzw. „metalowców” tylko mały procent to odbiorcy ŚWIADOMI, którzy sięgają po cos więcej niż to, co jest wciskane za grubą kasę przez speców od marketingu. I to właśnie Ci świadomi odbiorcy tak naprawdę budują scenę, szkoda że jest ich tak mało… Ludzie muszą zrozumieć, że taka muzyka to nisza, nie przetrwa bez wzajemnego wspierania się, chodzenia na gigi.

Czujecie się zespołem podziemnym czy konsekwentnie chcecie wyrwać się z tej sfery? Jaka jest według Ciebie definicja undergroundu, czy postrzegasz ją pozytywnie?

Myślę że każdy twórca, jeśli decyduje się na udostępnianie swojej muzyki i wykonywanie jej na żywo, chce dotrzeć do jak największego kręgu odbiorców. Czujemy się częścią podziemia, muzyka jaką wykonujemy zawsze będzie muzyką niszową. Dla wielu ludzi podziemie kojarzy się ze słabą jakością wykonania, brzmieniem itp. – dla mnie podziemie to ludzie, to fani, to znajomi z innych kapel, to fakt że idę na koncert i spotykam kumpli których nie widziałem od lat, to masa młodych i zdolnych bandów. Podziemie to prawdziwa pasja do muzyki, która nie jest jeszcze zawikłana w układy biznesowe.

Mówiąc o układach masz na myśli kapele, które się sprzedały?

A co to znaczy sprzedać się? Nie rozumiem tego. Komercyjne to są kapele założone w zaciszu gabinetu prezesa wytwórni, które patrzą na to co się aktualnie podoba i pod to się podpinają. Artysta, który od początku tworzy coś szczerego i prawdziwego pozostanie sobą, nawet jeśli nagle sprzeda wielkie ilości płyt. Dla mnie wyznacznikiem jakości muzyki jest to, ile w niej prawdziwych emocji, a nie wyreżyserowanego patosu. Mike Patton jest znany na całym świecie, grywał z najlepszymi, robi to co chce i na co ma ochotę a jego płyty bardzo dobrze się sprzedają – czy to znaczy że się sprzedał?

Zatem zgodzilibyście się wystąpić w porannym programie telewizji publicznej?

Jasne, to musiałoby być niezapomniane przeżycie :)

Dzięki za rozmowę i do zobaczenia w Estradzie 11 listopada!

Myspace

wtorek, 5 października 2010

Obscure Sphinx - wywiad

Obscure Sphinx to młody, aczkolwiek prężnie rozwijający się zespół, który wpisuje się w nurt postępowego, metalowego grania. W listopadzie będziemy mogli ich zobaczyć na wspólnej trasie wraz Tides From Nebula, zahaczającej m.in. o bydgoską Estradę, do której serdecznie wszystkich zapraszam!

„Nie zamykajmy naszych umysłów w jakichś wymyślonych granicach…”

Jak doszło do tego, że trafiłaś na chłopaków z Obscure Sphinx? Oni znaleźli Ciebie, czy też może na odwrót - szukałaś mocnych, gitarowych wrażeń i podpasowała Ci muzyka grana przez zespół?

Wielebna : Chyba znaleźliśmy siebie nawzajem. Pod koniec marca 2009, po miesiącu prób skupienia się tylko i wyłącznie na studiach zatęskniłam do muzyki i podczas jednego wieczoru przekopałam kilka ofert zespołów. Wśród nich było ogłoszenie OS, które zresztą pomyliłam z innym, ponieważ nie zapisałam ani maili ani numerów. Cud, że chłopcy nie obrazili się kiedy dostali maila kierowanego zupełnie nie do nich.
Umówiliśmy się na próbę…dowiedziałam się o istnieniu czegoś takiego jak post metal. Spodobało mi się od razu i tak zostało.

Nie oszukujmy się... metalowy światek wciąż zdominowany jest przez facetów, dlatego każda grupa, która ma u siebie operującą tak drapieżnymi wokalami wokalistkę budzi moją ciekawość. Czy Twoja twórczość stanowi w jakimś sensie przesłanie dla dziewczyn?

Wielebna: Daleko mi do dzielenia przesłań na kobiety i mężczyzn. Muzyka, którą robimy z OS jest skierowana do wszystkich, chociaż mam pełną świadomość tego, że ze względu na ciężar i niełatwe do przełknięcia partie darte łatwiej wpadną one w ucho tej części publiki, która lubi ciemniejszą stronę mocy. Nie ograniczamy się jednak tylko do jechania walcem po dźwiękach. Wskakujemy na obszary przestrzenne, łapiemy powietrze, wynurzamy się po to, żeby znowu spaść z łomotem na samo dno dźwięku. To co robimy nie ma być do końca piękne, nie ma głaskać układu nerwowego, ma go rwać na strzępy. Tak lubię najbardziej.

Osoby, które miały okazję oglądać Was na żywo nie mogą wyjść z wrażenia, jak dużo dajesz z siebie na scenie. Czy w życiu codziennym również posiadasz tyle samo werwy?

Wielebna: Ponieważ przebywam ze sobą 24 h na dobę ciężko jest mi to określić. Oczywiście, na co dzień nie rzucam się na chodniku i nie krzyczę na ludzi, przynajmniej się staram.

W waszej twórczości słychać silne wpływy Neurosis, ale nie wierzę, że tylko na tym kończą się Wasze inspiracje. Co odgrywa u Was większą rolę? Klimat czy ciężar? Czy macie swoją własną receptę na neurotyczne klimaty? Jakiś unikalny czynnik, który zaważa o Waszej oryginalności i definiuje Was jako Obscure Sphinx, a nie kolejny z rzędu klon Neurosis?

Bartek: Chyba nie ma czegoś takiego jak recepta. Generalnie pracujemy na dwa sposoby, raz - po przyjściu na próbę zaczynamy w ramach rozgrzewki grać improwizacje, które czasem bez przerwy mają 20, 30, 40 minut. Oczywiście nagrywamy to i potem odsłuchujemy na spokojnie. Sposób drugi to oczywiście budowa czegoś własnego w domu, co później reszta bandu wspólnymi silami opracowuje. Klimat i ciężar są u nas nierozerwalnym elementem twórczości. W tym wszystkim najbardziej zależy nam na spójności całości. Resztę można określić jako cudowną wypadkową wyżej wymienionych elementów. My staramy się podchodzić do wszystkiego w sposób świeży i nietuzinkowy dbając przy tym by wszystko było na swoim miejscu. Jeśli chodzi o receptę jako taką to jest nią najpewniej wrzucenie nas wszystkich do jednej, ciemnej, małej i dusznej sali prób i odczekanie jakiegoś czasu. Oczywiście z nadzieją, że się nie pozabijamy. Porównanie z Neurosis jest dla nas niezwykle nobilitujące. Wiem też, że ludzie lubią nadawać etykietki, szufladkować pewne rzeczy - moja rada jest taka: sam posłuchaj i oceń.

Niedługo gracie u boku Talbot i ruszacie w trasę z Tides From Nebula. Jak doszło do Waszej współpracy z wymienionymi kapelami? Wygląda na to, że rozkręcacie się koncertowo.

Bartek: Co do Talbot to po prostu wstrzeliliśmy się z ofertą w odpowiednim momencie. Po drugie to prawda jest taka, że w PL ciągle jest niewiele bandów grających akurat tego typu klimaty. Jeśli chodzi o nasz kraj to każda z kapel wbijająca się w mniej więcej zbliżony do naszego nurt wyrosła na innych korzeniach, przynajmniej ja tak to słyszę. To zdecydowanie zawęziło krąg poszukiwań kapel działających w okolicach Warszawy.

Co do trasy z Tides From Nebula. Jakiś rok temu zaprosili nas do Progresji i zażarło. Raz, że różnice między naszą a ich muzyką są takie, że wspólny gig zwyczajnie nie będzie nudny, dwa - po prostu się zaprzyjaźniliśmy. A ponieważ mieszkamy w jednym mieście i staramy się wspólnie wspierać to wszystko się tak ładnie skleiło, zostaliśmy zaproszeni na trasę w listopadzie. Poza tym staramy się dawać z siebie wszystko na koncertach, być wiarygodni w 100% i to procentuje takim, a nie innym odbiorem muzyki na żywo. Myślę, że tymi gigami, które zagraliśmy do tej pory udowodniliśmy, że gwarantujemy naprawdę solidną sztukę.

Wszystko to zapewne zmierza do wypromowania Waszego świeżego materiału. Kiedy ujrzy on światło dzienne i czego możemy oczekiwać po nowych dźwiękach?

Bartek: To prawda, że od jakiegoś czasu nagrywamy materiał. Powstawał on w zasadzie nieprzerwanie od momentu kiedy zaczęliśmy grać wspólnie. Można go więc potraktować jako podsumowanie tego, co działo się z nami na przestrzeni ostatniego 1,5 roku. Jest więc ciężar, moc oraz maksymalna ilość energii, jaką każdy z nas włożył we wszystkie dźwięki jakie znajdą się na proponowanym przez nas materiale. Będą też wycieczki w stronę post rockowych plam i lżejszych melodii – słowem to co powstało w efekcie układania naszego porządku rzeczy – tworzenia naszej własnej wizji muzyki.

Co do momentu kiedy materiał ujrzy światło dzienne to powiem, że jest jeszcze trochę rzeczy do zrobienia w związku z czym przed listopadem nie uda nam się niestety zamknąć całości. O wszelkich nowościach, będziemy informować na naszych profilach na myspace, last fm, facebook czy oficjalnej stronie www.obscuresphinx.com, która niebawem zacznie działać. W tej chwili pozostaje nam zaprosić do zapoznania się z częścią materiału jaki będziemy promować bezpośrednio na naszych koncertach.

To może opowiedzcie mi coś jeszcze o genezie nazwy zespołu, swoją drogą bardzo ciekawej...

Blady: Chcieliśmy, aby nazwa możliwie jak najpełniej korespondowała z gatunkiem muzyki jaki wykonujemy w OS. Podobnie jak mityczna kreatura ("Sphinx") muzyka ma być tajemnicza i niejednoznaczna. Ma wymagać poświęcenia jej większej ilości uwagi, ale jednocześnie wynagradzać odbiorcę za każdą oddaną jej chwilę. Zresztą same długości utworów świadczą, iż nie mamy do czynienia z tworem przyjemnym i prostym w odbiorze...

Oczywiście odnoszenie się do Sfinksa jest tylko jedną z możliwych do pójścia dróg. Można spróbować inaczej - sięgnąć do genezy samego greckiego słowa oznaczającego to stworzenie, albo połączyć je ze słowem "Obscure" i znaleźć zupełnie inne konotacje... Możliwości jest wiele, my nie chcielibyśmy dawać gotowych rozwiązań - odnajdywanie ich pozostawiamy wszystkim tym, którzy mają na to ochotę. Nie zamykajmy naszych umysłów w jakichś wymyślonych granicach.

Dziękuję za rozmowę i do zobaczenia w Bydgoszczy 11 listopada!

poniedziałek, 27 września 2010

Guantanamo Party Program - wywiad

Mrok, ból i szczery przekaz - tak najtrafniej można określić muzykę wrocławskiego zespołu Guantanamo Party Program, o którym miałem już przyjemność pisać w ramach recenzji ich ostatniego wydawnictwa. Dzięki rozmowie z Grzegorzem - basistą grupy - poznacie nie tylko dalsze plany tych sympatycznych wymiataczy i ich postrzeganie sztuki, ale również drobne detale przypominające o tym, że nie samą muzyką człowiek żyje (chociaż w przypadku GPP zajmuje ona bardzo ważne miejsce).

Niedawno mieliście okazję zagrać o boku Ufomammut. Jak wspominacie ten czas? Jak Wasza muzyka była odbierana przez Włochów? W końcu to zupełnie inne klimaty. No i jak właściwie doszło do tego, że z nimi wystąpiliście?

Zacznę od końca. Odezwał się do nas Eldar z Lipska, który związany jest z grupą, która organizowała koncert Ufomammut. Zaprosił nas, na miejsce Kongh - Szwedzi nie mogli zagrać ze względu na problemy ze składem, a my byliśmy stosunkowo blisko, no i Eldarowi bardzo podobał się nasz krążek. Wrocław to już była kwestia kilku rozmów z Robertem, szefem Firleja i Tomkiem (Asymmetry). Ale to dzięki ich życzliwości mogliśmy zagrać we Wrocławiu. Nie umiem Ci jednoznacznie odpowiedzieć jak Włosi odebrali nasze występy. Na pewno byli dla nas bardzo mili i życzliwi, niestety my nie mogliśmy spędzić z nimi zbyt dużo czasu, bo zaraz po koncercie musieliśmy wracać z Lipska do domu. We Wrocławiu zamieniliśmy ze sobą kilka zdań i to wszystko. Sam wyjazd wspominam (przynajmniej ja) świetnie. Zagraliśmy w świetnym miejscu (UT Connewitz), w którym działają wspaniali ludzie, Wrocław - Firlej - bez dwóch zdań, to jest świetne miejsce do grania. Jedyny minus to taki, że we Wrocławiu wychodziło ze mnie (z nas?) zmęczenie i niewyspanie i miałem poczucie, że nie był to występ na pełnej krysznie.

Dużo osób, z tego co czytałem na forach, odebrało Wasz występ bardzo pozytywnie, i tak jak wcześniej nie za bardzo wiedzieli z czym się je tą muzę, tak teraz są bardzo podekscytowani i czekają na jeszcze - czy Takie głosy, a co za tym idzie, wsparcie słuchaczy jest dla Was silnym czynnikiem mobilizującym do dalszej pracy?? A może robicie to wszystko wyłącznie dla siebie i nieważne jaki byłby odbiór, dalej robilibyście swoje?

Pozytywny odbiór koncertów, płyty to na pewno dla nas energetyczny kop. Chociaż muzykę gramy dla siebie, ma ona wynikać z naszych potrzeb, takiego koktajlu emocjonalnego, jaki między nami się wytwarza, to fakt, że ktoś te emocje poczuł, odebrał, nawiązał z nami kontakt na takiej płaszczyźnie jest inspirujący. Nie mniej jednak, uwierz mi, gdyby takiego odbioru nie było i tak robilibyśmy swoje, bo muzyka i całe GPP to nasz zespół i nasza pasja..

Krążą plotki, że niedługo nagrywacie nowy materiał? Czego można się po nim spodziewać? Przewidujecie jakieś drastyczne zmiany w brzmieniu lub podejściu do utworów?

Rzeczywiście chcemy już niedługo nagrać nowy materiał. Mam nadzieję, że uda nam się to w pierwszym kwartale 2011. Czego się można spodziewać? Tego co zawsze, tylko bardziej, hahaha. Myślę, że nowy materiał będzie intensywniejszy, mocniejszy, cięższy i bardziej "soniczny". W tej chwili pracujemy nad czwartym numerem, na pewno nie ostatnim. Zresztą 3 z nowych kawałków gramy juz na koncertach, a jeden z tych nowych krąży w nawet akceptowalnej jakości dźwięku po youtube ;)

A teraz wytłumacz mi dlaczego tak bardzo nienawidzicie łatki post-metal? Jest ona ostatnio bardzo popularna. Posługiwanie się nią przyniosłoby Wam większe korzyści. :)

A co to znaczy post metal? To co gramy to hard core, pesymistyczny, wkurwiony, walcowaty hard core. Gramy muzykę, która jest pewnym kotłem - możesz w niej znaleźć różne rzeczy - przestrzenne wypuszczenia, sludge`owe walce, motoryczne riffy, noise`owe akordy i dysonanse, screamową melodykę. Ale wciąż jest to hard core. łatka post metalu trochę mnie martwi. Jesteśmy przez nią skazani na porównywanie do Blindead, ISIS i Cult of Luna. OK, to nawet miłe, ale chyba nie do końca trafne. Moja fascynacja takim graniem wyrosła na podwalinach Neurosis (z płyt "the word as law", "souls at zero" czy "enemy of the sun" - chociaż późniejsze tez kocham), czeskiej sceny noise core (Lvmen, Thema 11, Ravelin 7), polskich noise`owców (Ewa Braun, La Aferra, Krzycz), czy tuzów pokroju Today Is The Day. Myślę, że takie inspiracje sa bliskie wszystkim członkom GPP.

Ciekawi mnie kwestia szaty graficznej Waszego pierwszego wydawnictwa. Dlaczego zdecydowaliście się na tak surową, mroczną i zarazem minimalistyczną formę? Zaważyły względy finansowe, czy tak po prostu chcieliście?

Szata graficzna pierwszej płyty to efekt - może to zabrzmi dziwnie - kilku miesięcy rozmów, wymieniania się pomysłami i szukania optymalnego efektu. Prostota okładki, to moim zdaniem taka czysta karta, minimalizm, czysta forma. Czytelność i schludna elegancja. Koszta nie były dla nas istotne, ponieważ mamy zaprzyjaźnionych grafików, dobrych grafików, którzy byli skłonni zrobić dla nas artwork albo za darmo, albo za symboliczną złotówkę, jednak w efekcie tych naszych rozmów zdecydowaliśmy się na takie rozwiązanie. Moim zdaniem digipack wyszedł elegancko.

Następne pytanie nasuwa się samo: kiedy winyl? :)

Bardzo bym chciał, żeby zarówno debiut, jak i materiał ze splitu no i najnowszy album wyszły na czarnych krążkach. Niestety nie do końca od nas to zależy. No Sanctuary jest za małą firmą działającą według zasad DIY i dla nich wydanie winyla to poważne wydatki. A nie ukrywajmy, nasz cd nie sprzedaje się najlepiej, więc i ryzyko jest dla nich znaczne. Mam jednak nadzieję, że chłopaki z NS Rec. nie będą na naszej płycie stratni, bo to świetni ludzie, którzy robią fajną robotę.


Skoro już jesteśmy przy dalszych planach, to powiedzcie mi jak prezentuje się najbliższa przyszłość GPP? :)

Próby, próby, próby i koncerty, koncerty, koncerty. Chcielibyśmy grać ich z 50 razy więcej, ale to niemożliwe, bo wszystko rozbija się o prozę życia - praca, szkoła itp. Na pewno planujemy zagrać do końca tego roku z 10 koncertów. Wciąż kombinujemy nad Opolem i Wołowem k. Wrocławia. 3.X. gramy z Panaceą w Bolesławcu (w starej fabryce, fajne miejsce), a potem dopiero w listopadzie wybieramy się do Sosnowca, Krakowa, Chełma i Warszawy. Grudzień to mała trasa z naszymi przyjaciółmi z Niemiec - Seas of Stone - dwa koncerty w Polsce (Wrocław i Poznań) i dwa za zachodnią granicą (Berlin i Lipsk). Na przyszły rok planujemy trasę w Czechach i może kilka kolejnych koncertów z At The Soundawn. I my i Włosi, chcielibyśmy się spotkać i znów wspólnie coś pograć.

A z jakimi kapelami najlepiej Wam się występuje na jednej scenie? Cenicie sobie różnorodność w doborze współgrających zespołów?

Ciężko odpowiedzieć z kim nam się gra najlepiej. Fajnie było pograć z At The Soundawn, bo to świetna ekipa, z którą się zakolegowaliśmy, ja bardzo czekam na gig z Panaceą, Sun for Miles i trasę z Seas of Stone. Żałuje, że dwukrotnie nie udało nam się zagrać z Echoes of Yul. Róznorodność jest fajna i jeśli spotkamy się z zespołem, który nas zaciekawi, to na pewno taki koncert będziemy dobrze wspominać (tak jak np. Transwaggon w Pradze, czy Loma Prieta na Słowacji).

Gracie zdecydowanie niszową, choć zyskującą na sympatii odbiorców odmianę gitarowej muzy. Jak wygląda zatem kwestia organizacji gigów? Ciężko jest?

Jesteśmy w komfortowej sytuacji, bo albo imprezy załatwiamy w oparciu o naszych przyjaciół z Polski (ale nie tylko), albo mamy potężne wsparcie pod postacią Golema i Asymmetry. Bardzo za to dziękujemy.

Na swoim koncie macie pozytywnie przyjęty split z Echoes of Yul i Sun For Miles, znalazły się na nim Wasze utwory urozmaicone elektroniką. Czy w przyszłości planujecie dalej eksperymentować w tego typu obszarach?

Odkąd pojawiła się idea splitu z EOY i SFM cały czas na po głowie chodziło zaprzęgnięcie chłopaków z Echoes w jakieś rozszerzenie naszych tracków. Bardzo się cieszę, że Jarek sam zaproponował nam pomoc (co ciekawe wyprzedził mnie dosłownie o kilka minut, bo rozmawiałem z nim właśnie, żeby ten temat poruszyć) i udało nam się takie alternatywne wersje przygotować. Nie wykluczamy dalszej współpracy ani z EOY ani SFM, na chwile obecną jest za wcześnie, żeby mówić o ewentualnych szczegółach. Na pewno na razie nie ma mowy o tym, żeby do GPP doszła nowa osoba na stałe, która zajmie się elektroniką. Ale niczego nie wykluczamy w przyszłości.Wszystko jest możliwe, nawet zarówno rozrośnięcie się do 20 osobowego składu, lub zwężenie do trio :)

A jak Wasze zaangażowanie w granie przekłada się na szarą codzienność? Ciężko jest pogodzić muzykę ze zwykłymi sprawami typu: rodzina, praca, pies?

Nasze codzienne życie jest zwyczajne. Próbujemy pogodzić ze sobą pracę, szkołę, granie, życie towarzyskie i wszystko inne. Czasem jest ciężko. Ja pracuję jako nauczyciel w poradni psychologiczno-pedagogicznej, nie wiem, czy reszta chce zdradzać swoje tajemnice, ale powiem tyle, że poza mną i Kubą wszyscy pozostali gdzieś tam się uczą i poza Łukaszem wszyscy pracują, hahaha.

Nie planujecie rzucić kiedyś tego wszystkiego w cholerę i skupić się wyłącznie na przyziemnych kwestiach?

Mam nadzieję, że nigdy "nie wydoroślejemy", czytaj zajmiemy się poważnym życiem. Wszyscy kochamy muzykę, skoro przez tyle lat zajmowała ona tyle miejsca w naszych priorytetach, nie sądzę, żeby to się miało w przyszłości zmienić. Gdybym jednak kiedyś zrezygnował z muzyki pewnie bym dużo pisał, to jest tak jakby moje alter ego.

Czy utrzymanie przy życiu tego alter-ego jest drogie?

Aha, ciekawi cię czy nasze hobby jest kosztowne? Niestety tak, ale mamy wyrozumiałe dziewczyny (i żony), które nie krzyczą na nas i nie każą się wyprowadzać gdy kupujemy kolejny efekt do gitary, amp, czy blachy. W polskich warunkach jest to jednak pasja uderzająca po kieszeni i dlatego wciąz nie mam wymarzonego Ampega SVT Classic, Rickenbackera 4003 i Gibsona Thunderbirda. Ale to kwestia czasu, hahaha.

Wróćmy jeszcze tylko na moment do wspomnianej wyżej "drugiej osobowości". Twoja mroczna strona znajduje upust na blogu Kingdom of Cranes. Czy projekt ten stanowi integralną część konceptu GPP? I o co biega z ostrzeżeniem dla niepełnoletnich poprzedzającym tą lekturę?

Blog "Kingdom of cranes" to moja i jak na razie tylko moja idea, chociaż nie wykluczam, że wejdzie w to ktoś jeszcze. Traktuje to jako takie archiwum różnych moich "nocnych myśli", które czasem przeradzają się w teksty dla GPP. Nie jest to ani część integralna działania zespolu, ani chyba szerzej znana wszystkim członkom (chyba tylko Darek, wokalista i Łukasz, gitarzysta tam zaglądają). Pytanie o pełnoletność natomiast to raczej kwestia mojego świętego spokoju - dmuchanie na zimne, chociaż w gruncie rzeczy jest mi obojętne kto to czyta (jeśli ktokolwiek w ogóle).

Na koniec pytanie od jednego z zainteresowanych Waszym zespołem: czy istnieją jakieś poboczne projekty muzyków GPP?

Obecnie nie mamy chyba żadnych pobocznych projektów. Wiesz, GPP samo zaczynało jako projekt członków grind-core`owego Wojtyły i noise rockowego Lost Road. Z biegiem czasu ewoluowaliśmy w zespół. Każdy z nas myśli, żeby robić coś jeszcze na boku, ale na razie nie przybiera to żadnej konkretnej formy. Wojtek chciałby grać shellacowy noise, Darek pewnie też troche by pohałasował, a ja wciąż obiecuje sobie, że wrócę do moich zabaw z klimatami industrialno dark ambientowymi.

Wielkie dzięki Grzegorzu za tą ciekawą rozmowę. Jakieś słowo na pożegnanie?

Dzięki Łukasz za wywiad, a czytającym za dotarcie do końca. Słuchajcie dobrej muzyki i pamiętajcie EURO 2012 nam "nie zabiorom", hahaha.

Hehe, pozdrawiam!

Myspace

niedziela, 28 lutego 2010

Sun For Miles - wywiad

Dobra wiadomość dla fanów rodzimych, "pocztowych" brzmień! Po raz kolejny możemy się pochwalić świetnym zespołem. Sun For Miles, bo o nich tym razem mowa, to potężna, niepokojąca siła, która swoim ciężarem oraz neurotycznym nastrojem znakomicie uzupełnia i tak już ciekawe grono polskich grup zajmujących się postępowym metalem. Warto dodać, że ich pojawienie się było dla mnie totalną niespodzianką. O historii, inspiracjach oraz dalszych planach SFM miałem przyjemność pogadać z 1/2 duetu - Arturem Rumińskim.

Przyznaję się bez bicia, że o Waszym istnieniu dowiedziałem się stosunkowo niedawno. Zaczęło się od skromnej informacji na temat splitu z Echoes of Yul i Guantanamo Party Program. Potem odezwałeś się do mnie na maila i tak oto doszło do naszej rozmowy. Czy mógłbyś zatem przybliżyć mi dzieje Sun For Miles?

Zespół powstał latem 2009 roku. Od dawna miałem juz plan zrobienia takiej muzy, ale ciężko było mi znaleźć odpowiednich ludzi... SFM to tylko dwie osoby, ja i Łukasz Kalina, z którym byłem praktycznie w kontakcie wirtualnym od 2005, ale dopiero po prawie 4 latach udało nam się zgadać. Po zaledwie czterech 2-godzinnych próbach postanowiliśmy nagrać pierwsze demo.

A jak doszło do Waszej współpracy z EOY i GPP?

Parę ładnych lat temu poznałem Jonatana (były gitarzysta GPP), z którym jeździłem na koncerty. Po wyjedzie do USA kontakt trochę się urwał, ale po jakimś czasie dowiedziałem się, że gra właśnie w GPP. Skontaktowałem się z nim i spytałem, czy jest zainteresowany zrobieniem wspólnego splitu. Tak się złożyło, że akurat chłopaki mięli już w planie zrobienie materiału z EOY wiec wyszedł z tego 3 way split :]

Widać, że dobrze czujecie się w długich, monolitycznych kompozycjach. Z tego co zauważyłem, dźwięki przez Was serwowane to polska odpowiedź na instrumentalne dokonania Omega Massif i Pelican. Jakimi grupami się inspirujecie i dlaczego obraliście akurat taki kierunek?

Omega Massif i Pelican jak najbardziej! Do tego mogę dorzucić jeszcze YOB, ISIS, Neurosis, Hky, Jesu, Codeine, Sunn O))), Shora, Explosions in the sky, Torche, My Bloody Valentine i sporo innych z kręgu shoegaze, doom, sludge... Dlaczego obraliśmy taki kierunek? Wydaję mi się, że przez te wszystkie lata grania cały czas to w nas siedziało, a zatem było to zupełnie naturalne z naszej strony.

Sun For Miles to w moim odczuciu kawał mrocznej i depresyjnej muzyki. W życiu codziennym również jesteście tacy posępni?

Raczej nie. :] Ale ogólnie życie w NYC potrafi skopać dupę i przynajmniej dla mnie to miasto było wielką inspiracją.

Oprócz gitarowych, ciężkich kawałków flirtujecie również z ambientem. Czy w przyszłości planujecie więcej elektronicznych eksperymentów?

Dokładnie taki jest plan. Aktualnie zbieram różne stare graty, efekty i kombinuje z rozmaitymi dźwiękami. Uwielbiam rzeczy typu Nadja, Earth, Eluvium, MGR, Brian Eno... Na następnym materiale będzie z pewnością więcej rzeczy w takim klimacie, połączonych oczywiście z tym co teraz robimy.

Jak wygląda u Was proces komponowania?

Ogólnie numery powstają bardzo szybko, praktycznie w ciągu jednej próby. Tak przynajmniej wyglądało to do tej pory (zagraliśmy wspólnie ok. 10 prób :] ) Ja przynoszę gotowe riffy i pomysły, później zgrywamy to wszystko z bębnami i w sumie dopiero w studio powstaje cała reszta jak bas, drugie gitary, syntezatory itd.

Z tego co wiem pracujecie już nad pełnometrażowym wydawnictwem. Kiedy można się spodziewać nowych nagrań? Czy masz już jakieś wyobrażenie tego materiału?

Nowy materiał będzie pewnie gotowy dopiero pod koniec roku. Napewno będzie cięższy, wolniejszy i bardziej mroczny. ;)

Wspomniałeś, że spędziłeś trochę czasu w Stanach. Jak tego typu muzyka rozwija się na tamtejszym podwórku?

W Stanach ta muzyka chyba dobrze się przyjęła, cały czas powstają naprawdę ciekawe zespoły. Szczerze mówiąc to ciężko mi w tej chwili coś konkretnego wymienić. Jeżeli chodzi o Polskę i "post-metal", to chyba dopiero się rozkręcamy. Widać to np. po dużym zainteresowaniu Asymmetry Festival. Podoba mi się, że zespoły tworzące tą scenę w Polsce starają się wspierać nawzajem i grają wspólne trasy czy koncerty.

Tak się składa, że jesteś moim pierwszym rozmówcą w nowym roku. Jak oceniasz ten zeszły pod kątem wydawnictw muzycznych? Jakie albumy najbardziej przypadły Ci do gustu?

Rozwaliła mnie płyta Shrinebuilder. To chyba najlepsza rzecz jaką słyszałem w poprzednim roku. Przez długi okres słuchałem też nowych płyt Mastodon, Converge, Cave In, YOB, Pelican, Jesu...

A teraz zwróćmy się ku przyszłości. Planujecie już jakieś koncerty? Nie ukrywam, że możliwość obcowania z Waszą twórczością na żywo byłoby ciekawym doświadczeniem.

Kompletujemy aktualnie nowy skład do grania na żywo, więc myślę, że jesienią uda nam się w końcu ruszyć z koncertami.

Jestem niezmiernie rad z tego powodu. Dziękuję za tą miłą rozmowę!

Dzięki za zainteresowanie. Pozdrowienia dla zespołów tworzących tą scenę w Polsce: Echoes Of Yul, Guatanamo Party Program, Blindead, Tides From Nebula...

Myspace

środa, 25 listopada 2009

Blindead - wywiad

Blindead - zespół, którego nie trzeba przedstawiać chyba nikomu, kto choć w minimalnym stopniu interesuję się polską sceną metalową. Co ciekawsze właśnie Ci Panowie dokonali na niej małej rewolucji. Wpisując się w ruch tzw. post-metalu pokazali, jak powinno się grać klimatyczny, eksperymentalny doom metal. Przed Wami zapis rozmowy z Havoc'kiem, gitarzystą tej świetnej kapeli.

Jesteście jedną z tych grup, która kuje żelazo póki gorące. Autoscopia była świetnym albumem, ale i o nim zaczęto w końcu mniej mówić. Wtedy przypomnieliście o sobie wydawnictwem Impulse. Podejrzewam, że na trzeci longplay również nie przyjdzie nam długo czekać.

Bardzo chcielibyśmy, żeby nowy materiał ukazał się drugiej połowie 2010. Mamy już kilka szkiców, ale przed nami jeszcze naprawdę sporo pracy, więc zobaczymy jak się to wszystko poukłada.

Wróćmy na chwilę do EPki. Myślę, że pozwoliła Wam ona wejść na kolejny level Waszej artystycznej ewolucji. Warto jednak dodać, że z każdym krążkiem Wasz rozwój zaskakuje odbiorców. W jakim kierunku zmierza zatem Blindead. Czeka nas więcej ambientowych podróży w stylu Rosetty? A może podobnie jak Cult of Luna zaczniecie flirtować z post-rockiem?

Tak, rzeczywiście 'Impulse' obudził w nas coś zupełnie nowego i bardzo nam się to spodobało. Nie chcemy jednak popadać w skrajności i tworzyć kolejnej płyty tylko w takim klimacie. Będą eksperymenty, ale z pewnością nie zabraknie na niej wszystkiego co w Blindead charakterystyczne:) Jak już mówiłem, w tej chwili mamy gotowe szkice trzech numerów, więc jeszcze trochę za wcześnie, żeby rozwijać ten temat.

Dźwięki, które pojawiają się z pierwszymi sekundami Impulse przywodzą na myśl sygnał wysyłany przez obcą rasę w filmie "Kontakt" z Jodie Foster w roli głównej. Graficznie i muzycznie również ciężko uciec od skojarzeń z science-fiction. Lubicie tego typu futurystyczną otoczkę?

Ja osobiście bardzo lubię filmy s-f, ale szczerze, to nigdy nie kojarzyłem naszej muzyki z tą tematyką.

Wiem, że Wam póki co to nie grozi, ale niektóre pokrewne Blindead zespoły ewidentnie cierpią na brak weny. Co myślicie o nowej płycie Isis "Wavering Radiant"? Jeżeli o mnie chodzi, to strasznie się zawiodłem. Aaronowi i spółce najwyraźniej wyczerpała się formuła. Zabrakło tej specyficznej atmosfery, o której Wy nie zapomnieliście w swojej dźwiękowej miksturze.

Mi trochę ta płyta uciekła. Kiedy się pojawiła, słuchałem jej kilka razy. Pierwszy kontakt był dosyć ciężki i nie mogłem przesłuchać jej w całości. Po jakimś czasie coś mi się w niej na chwilę spodobało, ale nie na długo. Dzisiaj nie słucham jej w ogóle. Najlepsze wydawnictwa mają już niestety za sobą. 'Mosquito Control', 'The Red Sea' czy 'Celestial' kładły mnie na łopatki! Później było już tylko słabiej.

Szeroko rozumiany post-metal wciąż stanowi niszowy gatunek w naszym kraju. W przeciwieństwie do kapel stonerowych, liczba zainteresowanych graniem właśnie takiej muzyki nie poraża. Tides From Nebula bliżej jest do dokonań Pelican, czy też Russian Circles, natomiast inne - mniej znane grupy - nie wpłynęły jeszcze na szersze wody.

Myślę, że wcale nie wygląda to tak jak to przedstawiłeś. Taka muzyka ma naprawdę wielu fanów w Polsce. Najlepszym przykładem na to, była dla nas trasa z Rosetta. Największa frekwencja była właśnie u nas. Bardzo dobrze było też na Węgrzech i w Czechach. Im dalej na zachód tym mniej ludzi na koncertach. Myślę, że nie ma się co frustrować, bo naprawdę nie jest tak źle jakby się wydawało. Trzeba konsekwentnie dążyć do celu jaki się obrało. My chcemy tworzyć jak najlepszą muzykę i grać jak najlepsze koncerty. Mamy wielkie szczęście, że coraz więcej ludzi na nie przychodzi i jesteśmy im za to zajebiście wdzięczni! Przy okazji staramy się zawsze zapraszać do wspólnego grania, zespoły, które są kompletnie nieznane, a według nas mają potencjał i mogą też zainteresować naszych fanów.

Chciałbym się z Wami podzielić pewnym spostrzeżeniem. Zauważyłem, że osoby, które na co dzień siedzą w bardziej tradycyjnych odmianach metalu, po kontakcie z Waszą twórczością całkowicie tracą dla niej głowę. Nie mobilizuje ich to jednak do zapoznania się z innymi przedstawicielami gatunku. Jak myślicie, dlaczego?

Dzieje się tak na pewno za sprawą dosyć sporych naleciałości metalowych w naszej muzyce. Wiele zespołów z tego nurtu jest raczej kojarzonych ze sceną HC i z niej się właśnie wywodzi. Mi to zupełnie nie przeszkadza, ale jestem pewien, że dla wielu to jest właśnie dużą przeszkodą.

Wspomniałeś wyżej o koncertach z Rosetta w ramach ich europejskiej trasy. Czy z racji tego, iż obracacie się w podobnych rejonach muzycznych, odcisnęło to na Was - jako muzykach - jakieś piętno?

Te dwa tygodnie były dla nas naprawdę wyjątkowym czasem. Mimo tego, że właściwie nikt nas nie znał, to na koncertach mieliśmy bardzo dobre przyjęcie. No i świetnie się bawiliśmy przede wszystkim z drugim zespołem, z którym graliśmy, czyli City Of Ships. Ci goście, bardzo szybko stali się naszymi przyjaciółmi! Okazało się, że mają podobne podejście do alkoholu i jointów;P. Mieliśmy, więc sporo wspólnych tematów, hehe!. Rosetta co wieczór grali naprawdę niesamowite koncerty. Robiło to duże wrażenie, ale nie sądzę, żeby odcisnęli na nas jakieś piętno. Na pewno nie zaczniemy nagle grać jak oni. Mamy zbyt mocny film na to, żeby robić muzykę po swojemu.

Grudniowa trasa, to wspólne przedsięwzięcie z Tides From Nebula. W jej trakcie odwiedzicie również Bydgoszcz, z czego niezmiernie się cieszę. Supportować będzie Was Broken Betty. Co zadecydowało o wyborze właśnie tej kapeli?

Też się cieszymy na koncert w Bydgoszczy! Ostatnio było bardzo dobrze. Mamy nadzieję, że i tym razem ludzie dopiszą. A jeżeli chodzi o Broken Betty, to jakiś czas temu organizowałem w Gdyni koncert At The Soundawn z Włoch i potrzebowałem dla nich jakiegoś supportu. Konrad wcześniej mi coś o nich wspominał. Posłuchałem kilku numerów na myspace i od razu mi się spodobało. Zaprosiłem ich na ten koncert i okazało się, że to naprawdę świetnie zapowiadający się band. Jak zaczynaliśmy planować trasę z Tidesami, to okazało się, że mamy jeszcze miejsce w busie dla 3 osób, więc od razu pomyślałem o nich. Wiem, ze ich muza dosyć mocno odbiega od tego co gramy my albo Cebule ;), ale to bardzo dobrze. Przyda się trochę pustynno-kyuss'owych klimatów. Przynajmniej nie będzie tak smutno przez cały wieczór;)

Skoro już o trasach mowa, to powiedzcie jak to w końcu było z Waszą odmową udziału w Blitzkrieg V?

Sprawa wyglądała tak, że najpierw dogadaliśmy się z organizatorem tej trasy na konkretne warunki, a po kilku miesiącach okazało się, że do składu trasy dochodzi Marduk i warunki zmieniają się diametralnie. Mówiąc krótko. Kwota, którą mielibyśmy dopłacić do tego wyjazdu, zwyczajnie nas przerosła. Nie zależało nam na tej trasie, aż tak bardzo, żeby zaciągać jakieś chore kredyty itd.

Mieliście już okazję wystąpić na jednej scenie z Minsk, Neurosis i wspomnianą wcześniej Rosettą. Która z zagranicznych drużyn znajduje się jeszcze na Waszej liście życzeń?

Chciałbym, żebyśmy zagrali kiedyś trasę z Killing Joke, Ministry, Down albo Crowbar. To by było coś:)

Czy w niedalekiej przyszłości planujecie nagrać jakiś teledysk? Zapewne byłoby to miłe uzupełnienie Waszej dotychczasowej twórczości.

Tak, mam nadzieję, że do następnej płyty uda nam się zrobić klip. Wszystko jak zwykle zależy od kasy. Nie chcemy robić jakiegoś gniota. To musi być coś naprawdę wyjątkowego. Inaczej się na to nie zdecydujemy i poczekamy do następnego razu.

2009 rok rozpieszcza nas jeżeli chodzi o koncerty. Za nami bardzo udane Knock Out Festival oraz Asymmetry. Z kolei lada dzień szykują się takie atrakcje jak Unsound, Isis w Proximie, czy też Nile, Cannibal Corpse i Dying Fetus. A na co Ty masz w planach się wybrać?

Chciałbym zobaczyć Alice In Chains w Stodole, ale już wiem, że niestety mi się nie uda. Oprócz tego, przejechałbym się na Clutch w Berlinie, ale bilety na koncert kosztują 90 euro, więc chyba też odpuszczę. Nic innego nie przychodzi mi teraz do głowy. Pewnie dlatego, że myślami jestem już na naszej trasie:)

Na deser mam dla Was pytanie pół żartem, pół serio. Co myślicie o nowej płycie Agnieszki Chylińskiej? :D

Myślę, że to co ona teraz robi jest bardzo słabe...Szkoda na to czasu;P

Tradycyjnie ostatnie słowa dla Was...

Wpadajcie na koncerty na naszej nadchodzącej trasie! Po niej zamykamy się w sali prób na kilka miesięcy. Wracamy po wydaniu nowej płyty. Pozdrawiamy!

Dzięki za wywiad!

Myspace

czwartek, 22 października 2009

Echoes Of Yul - wywiad

Echoes Of Yul - zespół-ewenement na skalę krajową. Jak sami mówią, ciężko przyrównać ich do jakiegokolwiek innego projektu w Polsce. Trafne spostrzeżenie. Ich muzyka to mroczna mikstura drone, ambientu, oraz elementów filmowych. Na dodatek muzycy odpowiedzialni za to monstrum - Michał Śliwa i Jarek Leśkiewicz - sprawiają wrażenie równie tajemniczych, co generowane przez ich utalentowane umysły dźwięki. Ale to tylko pozory, bo w gruncie rzeczy bardzo sympatyczni z nich kolesie, o czym na pewno przekonacie się w trakcie lektury.

Na wstępie chciałbym Wam podziękować za przychylne rozpatrzenie mojej prośby o przeprowadzenie wywiadu. Od pojawienia się Waszego debiutu minęło już parę miesięcy. Jak z perspektywy tego czasu oceniacie jego przyjęcie? Czy sami jesteście w pełni usatysfakcjonowani finalnym efektem?

MŚ: To raczej my dziękujemy za zainteresowanie jakie okazujesz Echoes Of Yul, jesteś trzecim nabywcą naszej płyty i drugim w Polsce. ;-) Jesteśmy bardzo zaskoczeni dobrym odbiorem płyty szczególnie, że nie gramy koncertów. Ogromnie miły jest fakt, że mamy odzew z całego świata i w większości pozytywny. ;-)

JL: Przyjęcie płyty jest lepsze niż oczekiwaliśmy i bardzo motywujące do pracy nad nowym materiałem. Dziękujemy wszystkim którzy zainteresowali się naszą muzyką, a szczególnie tym którzy w szczery sposób wypowiedzieli się o niej.

Na swoim MS umieściliście wstępne wersje utworów, które znajdą się na drugim wydawnictwie pod szyldem EOY. Czego możemy się spodziewać po nowej płycie? Czy planujecie zaprosić jakichś ciekawych gości do współpracy? Co z wokalami? Będzie ich więcej?

MŚ: Goście pojawią się marginalnie, właściwie bardziej na zasadzie sentymentu do znajomych i frajdy wspólnego pohałasowania, trzon zespołu pozostaje bez zmian, za wyjątkiem zdecydowanego wyrównania udziału w nagraniach teraz jest 50/50. W związku z tym, że najbardziej ukończone utwory trafią na split z Guantanamo Party Program i Sun For Miles znowu znaleźliśmy się w punkcie wyjścia. Jeżeli chodzi o kształt nowej płyty mamy kilkadziesiąt szkiców, ale czy zdecydujemy się na wokalną płytę czas pokaże... Na pewno wokali będzie więcej niż na debiucie, gdzie poddaliśmy je głębokiej obróbce i stanowiły one jedynie jeden z uzupełniających instrumentów.

JL: Szczerze mówiąc ciężko powiedzieć czego można sie spodziewać po naszych kolejnych nagraniach. Na pewno zależy nam na progresji, nie chcemy się powtarzać. Będziemy eksperymentować z tym jak daleko możemy naciągnąć koncept EOY unikając jednak kiczu i pretensjonalności. Odnośnie wokali: myślę że w naszym przypadku to naturalna ewolucja. Wspólnie decydujemy o tym czy dany wokal brzmi ok i współgra z muzycznym tłem dodając coś istotnego do utworu. Nic na siłę...

Przygotowując się do tej rozmowy, przypadkiem natrafiłem w sieci na Wasz teledysk do utworu The Stand. Mimo swej prostoty i minimalizmu, jest cholernie klimatyczny. Podobnie ma się rzecz z okładką debiutu. Dostrzegam tutaj pewien wspólny mianownik. W jakim stopniu fascynuje Was natura? Czy stanowi dla Was inspiracje?

MŚ: Coś w tym jest. Fauna i flora to dobra ilustracja naszej muzyki, pamiętaj że pierwszy zespół w jakim graliśmy nazywał się Dziad Borowy. ;-) Minimalizm i prostota wynika w pewnej mierze ze świadomości własnych ograniczeń, staramy się trzymać z dala od cyfrowej postprodukcji która ma ukryć braki budżetowe.

JL: Ten "klipik" to taki zlepek obrazków które wg mnie pasują do tego co chcieliśmy osiągnąć muzycznie i lirycznie w tym utworze. Potęga, piękno, groza natury. Odwieczny cykl. Człowiek – kruchy, pełen pokory i... akceptacji. Wszystko to łączy się w monumentalnej sonicznej symbiozie. Taka perspektywa jest bardzo interesująca i dość bezlitośnie obala społeczno-socjologiczno-etyczne schematy i nawyki w które człowiek owinął swoją egzystencję przez tysiąclecia. Siły natury wokół nas są prawdziwą inspiracją.



Co myślicie o częstotliwości z jaką wypuszczane są wydawnictwa Nadji i Jesu? Czy Waszym zdaniem wpływa to na jakość serwowanego przez zespół materiału? Obracacie się w podobnych klimatach. Jak zatem wygląda to zjawisko z punktu widzenia muzyków tworzących drone? Czyżby gatunek ten stanowił niewyczerpalną formułę?

MŚ: O Nadji trudno jest mi się wypowiadać bo każda płyta brzmi podobnie, zresztą zespół ten poznałem stosunkowo niedawno już po nagraniu płyty, za to widziałem ich na koncercie i był bardzo udany. Na pewno jest to konsekwentny zespół. Broadrick zawsze wydawał dużo i ja z pozycji osoby, która przepada za jego produkcjami, mogę się tylko cieszyć.

JL: Nadji słuchałem niewiele. Bardziej odpowiada mi Jesu. Myślę jednak że częstotliwość z jaką JB wydaje swój materiał może być deprymująca dla mniej utalentowanych muzyków... [spuszcza smutnie oczy]

MŚ: Niskie, dronujące gitary to u nas tylko jeden ze środków wyrazu, niewyczerpalną formułę stanowi natomiast mieszanie wielu wątków w jedną organiczną całość.

Nie trudno zauważyć, iż na naszym polskim podwórku ciężkich brzmień zaczęła wzrastać w siłę grupa parająca się eksperymentalnym graniem. Pewnie zetknęliście się z opiniami, jakoby muzyka przez was wykonywana wpisywała się w nurt zwany post-metalem. Nazwa Echoes Of Yul wymieniana jest jednym tchem zaraz obok Blindead i Tides From Nebula. Jakie jest stanowisko Waszego duetu w tej sprawie?

JL: Fajnie, że jesteśmy w ogóle wymieniani... w dodatku "jednym tchem". To już jest sukces. ;)
MŚ: Trochę dziwi mnie stawianie nas razem z tymi zespołami, zaznaczam, że nic do nich nie mam, ale szczerze czy Ty dostrzegasz jakieś podobieństwa pomiędzy nami?

Szczerze przyznam, iż nie znam podobnego do Was zespołu w Polsce. Polećcie mi kogoś.

MŚ: Nie znam nikogo podobnego, pewnie dlatego tak trudno znaleźć nam sekcję do grania live.
JL: Guantanamo Party Program fajnie zabrzmiało w Opolu.

Wybieracie się na drugą edycję Asymmetry Fest? Jeżeli tak, to z pewnością ucieszy Was możliwość obejrzenia występu Jesu. Co myślicie o tego typu imprezach jak Asymmetry czy też Unsound? Jest szansa zobaczyć Was w przyszłości na żywo właśnie na jednej z takich?

MŚ: Byłem na pierwszej edycji jako słuchacz i było super, na Jesu oczywiście też się wybieram. Jeżeli chodzi o kwestie EOY live, to ostatnio pozbywamy się złudzeń, że uda się nam zmontować skład koncertowy rozbudowany o dodatkowych muzyków. Rozważamy koncerty we dwóch + taśmy, sampler. W grudniu gramy dwa koncerty z naszym innym zespołem czyli Opollo i jeżeli wszystko pójdzie ok to w przyszłości być może uda się nam też grac jako EOY – to niestety jest trudniejsze ze względu na formę muzyki, ale nie niemożliwe. Na Asymmetry chcielibyśmy zagrać bo gromadzi ludzi otwartych na różnorodną muzykę.

JL: Świetnie że istnieje klub Firlej i świetnie że to tak niedaleko od Opola. Nie byłem co prawda na Asymmetry Fest, ale mam nadzieję, że uda mi się dojechać na Jesu.

Czyjej muzyki słuchacie częściej? Własnej, czy też Waszych muzycznych idoli? Jakie płyty goszczą obecnie w Waszych odtwarzaczach?

MŚ: Bardzo lubie słuchać naszej muzyki. ;-) A z obcych nagrań to ostatnio Thomas Koner "La Barca” i Crescent "Collected Songs”.

JL: Same starocie... :) Nick Drake "Parasite", Unsane "Dead Weight", Modest Mouse "Little motel", The Esoteric "Unavoidable Conclusion", Kate Bush "Breathing", Napalm Death "Contemptous", Boilermaker "Whitewash", Zozobra "Caldera", Beach Boys "Sail on Sailor", Henryk Górecki "III"... taki miks.

Ostatnie zdanie należy do Was.

JL: To już koniec ?! :O
MŚ: To jeszcze nie koniec...

Również mam taką nadzieję. Dzięki za rozmowę.

Myspace

niedziela, 18 października 2009

The Vagitarians - wywiad

Rodzimy stoner powoli rośnie u nas w siłę i z całą pewnością dowodów potwierdzających tą hipotezę nie brakuje. Bo jak inaczej interpretować fakt, że kapel, które siedzą w tym klimacie wciąż przybywa, a frekwencja na ich koncertach dopisuje? O tym, jak i o kilku mniej lub bardziej istotnych sprawach miałem przyjemność porozmawiać z Piotrem - gitarzystą The Vagitarians.

Witaj! Póki co, Twój zespół nie jest jeszcze wszystkim znany. Przybliż proszę pokrótce jego historię oraz opowiedz jak do niego trafiłeś.

Jedno jest pewne. 21 listopada 2008 roku daliśmy pierwszy koncert, już w pełnym składzie. A tułaliśmy się po sali prób chyba już od 2007, ale głowy nie dam. Kapele założyliśmy we trzech. Mi się Hellbound posypało, Piter i Majkel chcieli pograć trochę ostrzej niż w swoim zespole - 13th Apostle. A że mieszkaliśmy pół wsi od siebie, to zaczęliśmy się spotykać i coś rzeźbić pod Downa i Corrosion, bo takie głównie mieliśmy założenie wówczas. Sagana znałem już parę lat, a jakoś w międzyczasie nam się kontakt odnowił, toteż jakoś tak naturalnie wyszło, że go zaprosiłem do wspólnej zabawy. Marian doszedł przez Sagana jakoś w czerwcu. Jak zobaczyliśmy, że ma na komórce konfederatkę na tapecie, to nikt się nawet nie zastanawiał, jak tam on na tej gitarce gra - od razu wzięliśmy. Zależało nam na szybkim skompletowaniu składu, bo przysłowiowe "coś" wisiało w powietrzu. Pierwszy numer, nazwany później Stoner Ceremony zrobiliśmy na pierwszej próbie, razem z Exodus Attack. Intensywność doznań była więc wysoka, a w naszym mniemaniu utwory wyszły równie spontanicznie, co elegancko. Miało to kopa, ręce, jaja i nogi, więc trzeba było ruszyć w świat z muzyczką.

W trakcie przygotowań do tego wywiadu, postanowiłem odświeżyć sobie twórczość Twojej kapeli. Mimo, iż Waszą pierwszą demówkę ciężko uznać za szczególnie odkrywcze dzieło, to jednak nie można jej odmówić czadu oraz specyficznego klimatu, o który właśnie najbardziej chodzi w tej muzyce. Czy taki był Wasz cel?

To ni cholerę nie jest odkrywcze, bo istnieje już Down. Ciekawa sprawa swoją drogą - bo o dziwo, cieniutki poziom polskiej muzyki nie ma żadnej taryfy ulgowej wśród Polaków. Wszyscy od razu porównują z zachodem. Najbardziej to wyczułem grając w Hellbound, które jechało pod Panterę i Superjointa. Wszyscy się pukali - po cholerę oni kopiują Panterę czy tam Anselmo? Tymczasem ludzie, dla których liczy się energia, którą takie granie niesie ze sobą, mieli to totalnie w dupie i ładnie się bawili na koncertach. Nie pochwalą Cię nawet za to, że grasz jak... Down, Pantera czy coś, a przecież podrobić te zespoły na odpowiednim poziomie jest jednak trudno... Wychodzi na to, że takie teksty to bardziej obelga... A dla mnie to komplement i faktycznie pierwsze numery zrzynają z Downa, że do widzenia. Ale kogo to obchodzi? Stoner to nie jest innowacyjny gatunek, wszyscy i tak jadą sabbathami jak mogą. :) Materiał zaś miał brzmieć garażowo, coś jak Orange Goblin, Suchy jednak podciągnął to pod takie niby nowoczesne brzmienie. Ja się nie znam, ale w przeciwieństwie do kolegów z kapeli nie narzekam na jakość nagrania.

Wychodzi na to, że moje domysły się sprawdziły. Down to Wasi mistrzowie.

Tak jak wspomnialem wyżej - byli dla nas główną inspiracją do zalożenia kapeli. Nawet ubierałem Vaginę (kiedy nazywała się jeszcze The Andrzejs, zupelnie jak zespól Dr. Yr’ego - De Andrzejs) w ciuchy Downa, bo mam ich pełno. Z biegiem czasu trochę ta podnietka się uspokoiła i zaczęliśmy się rozglądać za szerszymi horyzontami. Poszła w ruch cala scena NOLA, potem doszedł bardziej tradycyjny stoner - graliśmy nawet jeden cover Orange Goblina przez jakiś czas, Mastodon, Baroness, Ufomammut nawet. Teraz chodzi głównie o to, żeby kawałki się od siebie różniły klimatem przy równoczesnym zachowaniu wysokiego poziomu tzw. napierdalania. Jak będzie moc, energia i pomysł to wszystko przejdzie. Ja ostatnio slucham czegoś w zupelnie odmiennym klimacie, dla zagorzałych stonerowców nie do przetrawienia. Byłem na Opeth i Dream Theater tera, to sobie odświeżam, dodając przy okazji nową plytę Redemption do playlisty. A spektrum muzyczne mam szeroookie, na last.fm zapraszam, jeśli kogoś mój muzyczny lans interesuje. :)

Twórcą okładki do dema jest osobnik o tajemniczej ksywce Qć. Muszę przyznać, że odwalił kawał dobrej roboty. Gdzie można jeszcze zobaczyć jego prace? Czy pomysł na stworzoną przez niego grafikę wyszedł z Waszej strony?

www.jakubkuc.pl - to mój kolega z dzieciństwa, jakimś dziwnym trafem uslyszał nasze pierwsze nagrania z prób jeszcze i się mocno zajarał. Tak się zaczęła współpraca. Robi nam plakaty na koncerty, zajebiście kreatywny i pomocny młodzieniec. I pomysł na okładkę z tego co pamiętam też był jego i jesteśmy wszyscy z wykonania bardzo zadowoleni!
Warto dodać, że Qć okładkę zrobił w przeciągu jednego dnia, bo trzeba było drukować, żebyśmy na koncercie mogli już sprzedawać demko. -- Marian

Opowiedz jeszcze o nagrywaniu płyty. Na blogu The Vagitarians nie znajdziemy raczej szczegółowych informacji na ten temat.

Nagrywaliśmy u Suchego z kapeli Slit Shutter i było bardzo wesoło generalnie. Perkusja była nagrywana gdzie indziej, ale ten etap wolałbym przemilczeć. Gitarki Suchy za to nagrał bardzo elegancko, a przy wokalach działy się rzeczy, które można swobodnie wrzucić do szuflady z napisem "najgorsze dowcipy". Może te alternatywne wokale kiedyś wypuścimy w limitowanej edycji. :)

21 listopada na scenie warszawskiej progresji wystąpią, aż cztery stonerowe kapele: Fifty Foot Woman, LunaNegra, Broken Betty i oczywiście Wy. W Polsce wciąż niewiele zespołów siedzi w takim graniu. Czy tego typu inicjatywami jak Stoner Ceremony próbujecie stworzyć podwaliny pod środowisko muzyczne? Jak wygląda Wasza współpraca z pozostałymi grupami?

Po pierwsze - Stoner Ceremony to będzie według mnie sprawdzian dla poprawności tezy o istnieniu polskiej sceny stonerowej. Myślę, że to spełni oczekiwania i będzie można cyklicznie takie zabawy ogarniać. A po drugie - ja mam zagwostkę szczerze mówiąc, czy naprawdę aż tak istotne jest brnięcie w niesienie stonerowej misji masom. Z jednej strony warto, żeby ludzie zauważyli ten gatunek muzyczny i się do niego miło ustosunkowali, a z drugiej...jak ja słucham naszego dema, to dla mnie gramy po prostu rocka. Wszyscy wiedzą, że szufladkowanie się to zakładanie sobie samemu jakiś niewidzialnych różowych kajdan ze sklepu erotycznego. Innymi słowy - impreza SC nie jest dla stonerowców only, ale dla wszystkich ludzi, którzy lubią riffowe, klimatyczne, podszyte bluesem z delty, granie. Wata cukrowa przyciągnie całe rodziny, a tańczące vagitarianki zapewnią nam frekwencje godną miejskich festynów. ;)
Jeśli chodzi o kontakty z kapelami... Z Broken Betty na razie dogadujemy się netowo, ale z relacji muzyków Satelite Beaver wiem, że to swoje ziomy są. Z Fifty Foot już graliśmy raz i było przednio. No, ale oczywiście najlepiej póki co dogadujemy się z warszawską Luna Negrą no i Satelajtem. Kurde, z tymi trzema kapelami mógłbym codziennie grać koncerty i bym się nie nudził. Wyrośniemy na zacną ekipę. Żeby wyczerpać temat...z tą sceną to nie wiem już jak jest, ale wiem, że zainteresowanie się zwiększa. Gramy w tym roku właściwie co miesiąc w Wawie i ostatnio frekwencja wzrasta bez zwiększenia promocji. Jest dobrze. Rok 2009 zakończymy więc hucznie, będą na początku grudnia bardzo mądre poprawiny po SC w Progresji. A w 2010 będzie tylko lepiej.

Wróćmy jeszcze na chwilę do Waszego wydawnictwa. Z tego co zauważyłem, zbiera ono w Internecie - słusznie zresztą - całkiem pozytywne recenzje. Przypuszczam, że zmobilizowani pierwszymi sukcesami pracujecie już nad nowymi numerami. Szykujecie jakieś zmiany, czy też będziecie trzymać się patentów z "Flesh and Bones"?

Ze staroci mamy jeszcze dwa kawałki down’owe. Poza tym są dwa instrumentalne, w tym jeden srogi, 9 minutowy, gdzie jest taki misz masz stonera z mastodonami i innymi takimi wariactwami. Sprawdza się w bitwie. A po wakacyjnej stagnacji bierzemy się właśnie za nowe numery, będzie trochę takich stonerowych połamańców, będzie trochę prostoty godnej Bison’a, trochę do tańca (będzie się działo generalnie). Ale Down’a ja w tym na razie nie widzę. "Flesh And Bones" to na dobrą sprawę zapis naszego początkującego okresu, teraz więcej się dzieje. I to jest dobre. Bo ograniczać się nie wypada.

Wasze kawałki, aż się proszą, żeby odpalić je na jakiejś suto zakrapianej imprezie. Emanuje od nich totalny luz. Czy prywatnie, poza salą prób, jesteście równie rozrywkowi jak Wasza muzyka?

No, generalnie jest zawsze co opowiadać. Im więcej przygód, tym lepiej. Dla mnie osobiście nie ma nic gorszego, niż przyjechać 10 min przed koncertem, zagrać i pojechać do domu. Wtedy nie łapie się klimatu, a koncert w jakiś 80% opiera się na klimacie, 20% to dopiero muzyka. Klimat jest wtedy kiedy ludzie są spragnieni grania, są odpowiednio nastrojeni nie na odbębnienie imprezy, ale wręcz ich nosi żeby już wejść i i zapierdolić. Mnie nosi na scenie dość mocno, wbijam się z gitarą w tłum, wywalam się i nawet jeśli przypłacam to jakimiś fałszami na gitarze, to wiem, że nikogo to nie obchodzi, bo liczy się wspólna zabawa oparta na wymianie energii między publiką a kapelą. I procentami. Wiadomo, że są koncerty lepsze i gorsze pod tym względem. Plus, że tych lepszych jest znacznie więcej. Po ostatnim koncercie w No Mercy dotarłem do domu o szóstej rano, Marianowi film się urwał od 22ej już, czyli dwie godziny przed naszym wejściem na scenę, Sagan zaprosił chłopaków z Luny i Palm Desert do siebie na chatę i też z tego co wiem, bawili się elegancko. Ja wybrałem akurat spacer na dworzec centralny i spanie w poczekalni, ale nie mogę powiedzieć, że to nie było wesołe. :) Kwintesencją tej kapeli jest tzw. ładna zabawa. Jeśli ktoś jej nie rozumie, to sobie we Vaginie nie poradzi.

Chciałbyś coś dodać na koniec? :)

Ładnie się bawcie i jak to tam leciało... O! Stay cool madafaker, stay cool ;)

Dzięki za rozmowę!

Myspace

środa, 14 października 2009

Tides From Nebula - wywiad

Tides From Nebula. Zespół, który za sprawą swojej dźwiękowej formuły stanowi jedną z perełek na naszym polskim, muzycznym podwórku. Instrumentalne, epickie, wypełnione po brzegi emocjami piosenki, są ich cechą rozpoznawczą. 9 października przyjechali do Bydgoszczy, aby w studiu koncertowym Polskiego Radia PIK zabrać słuchaczy w soniczną podróż po galaktyce.

Rozpoczynając naszą rozmowę chciałbym jeszcze raz pogratulować udanego występu na antenie Polskiego Radia PIK. Tak się jednak składa, że wiadomość o Waszym przyjeździe do Bydgoszczy była dla mnie niemałym zaskoczeniem. Jak właściwie doszło do zorganizowania tego koncertu? Czy to Pan redaktor Adam Droździk odezwał się do Was pierwszy?

Dziękujemy bardzo, cieszy nas to że spodobał Ci się nasz występ. Było dokładnie tak jak mówisz, odezwał się do nas red. Adam Droździk, którego serdecznie pozdrawiamy i zaprosił nas na koncert. Nie zastanawialiśmy się ani chwili. Okazja zagrania czegoś tak wyjątkowego nie mogła ujść naszej uwadze.

Czym różni się dla zespołu granie koncertu właśnie w takiej formie? Była to dla Was niewątpliwie nowość. Odczuwaliście z tego powodu tremę?

Koncert w radio był dla nas taki taki sam jak każdy inny, czuliśmy niewątpliwą więź z publiką, która pojawiła się w studio, włożyliśmy w występ tyle serca ile tylko mogliśmy. Jedyną różnicą był fakt, że zagraliśmy największy koncert w naszej dotychczasowej historii (biorąc pod uwagę liczbę słuchaczy), co sprawiło że czuliśmy tremę większą niż zwykle. Świadomość, że koncertu słucha kilkadziesiąt osób w studiu i parokrotnie więcej przy radioodbiornikach podziałała na nas dopingująco, także z występu jesteśmy bardzo zadowoleni, grało nam się wyśmienicie.

W naszych wcześniejszych pogawędkach dość sceptycznie odnosiłem się do muzyki TFN. Jednak sytuacja ta odmieniła się po tym, kiedy pierwszy raz usłyszałem Was na żywo. Co ciekawsze, kilka razy odczuwałem na plecach ciarki. Z pewnością udzieliła mi się pasja, jaką włożyliście w cały występ. Czy podtrzymywanie przy życiu całego tego projektu wymaga od Was tyle samo zaangażowania na co dzień? Ile tak właściwie czasu poświęcacie dla zespołu?

To bardzo miłe co mówisz, świetnie że udało nam się Ciebie przekonać do tego co robimy. Tides From Nebula jest wynikiem naszej pasji, więc poświęcamy temu tyle czasu ile tylko możemy. Staramy się grać 3-4 próby w tygodniu, które zwykle trwają kilka godzin, do tego dużo koncertujemy. Każdy dzień przynosi coś nowego, więc kontakt ze sobą mamy cały czas - z racji tego, że sami zajmujemy się wszystkimi sprawami związanymi z TFN. Trzeba przyznać ze Tides From Nebula jest naszym priorytetem w życiu każdego z nas. Nie oznacza to jednak że jest to jedyna rzecz, jaka się zajmujemy, nadal studiujemy i pracujemy.

Po koncercie mieliśmy okazję zamienić kilka zdań i porobić pamiątkowe fotki. Muszę przyznać, że totalnie zaskoczyła mnie Wasza otwartość, luz i poczucie humoru. Lubicie tego typu kontakt z publiką?

Oczywiście, że tak. Zespół nie istnieje bez swoich słuchaczy. Uwielbiamy poznawać nowe osoby - tym bardziej, że wśród słuchaczy takiej muzyki jak nasza jest bardzo dużo ciekawych ludzi, z którymi można pogadać na interesujące tematy. To czysta przyjemność porozmawiać z kimś, kto docenia to, co robisz.

Co myślicie o zacieraniu się granicy pomiędzy odbiorcą muzyki, a nadawcą, poprzez zakładanie przez tych drugich kont na Last.fm? Od jakiegoś czasu fani Rosetty, czy też Lustmord mogą pisać do swoich idoli maile, bez obawy, iż w odpowiedzi dostaną co najwyżej biuletyn informacyjny lub wysyłane automatycznie zaproszenie na imprezę (tutaj Myspace się kłania).

Zacieranie granicy to nic złego, jak wspomniałeś w przypadku niektórych znanych zespołów ta granica jest bardzo cienka. I dobrze! Internet stał się mostem pomiędzy słuchaczem a wykonawca, kiedyś to było nie do pomyślenia. Możliwość skontaktowania się z ulubionym artystą jest dobre dla obu stron, dziś wielu muzyków zakłada swoje blogi, na których prowadzą dyskusje zarówno z fanami, jak i antyfanami swojej twórczości. Oczywiście te naprawdę wielkie zespoły mogłyby zostać zamęczone przez swoich słuchaczy, logicznym jest, więc że ustawiają auto-odpowiedź na swoich profilach w serwisie Myspace. Co do witryny Last.fm to uważam ją za naprawdę świetny wynalazek - dzięki niej zresztą się skontaktowaliśmy. :)

Ok, a teraz czas na moje ulubione pytanie. Jak to z Wami jest? Podobno nie identyfikujecie się z całym tym nowoczesnym nurtem post-rocka/metalu, ale jako Wasze inspiracje wymieniacie Isis, Cult of Luna, czy też Pelican. Czyżby prawda leżała jak zwykle po środku? :)

Zawsze powtarzamy, że gramy przestrzenną muzykę gitarową i tego będziemy się trzymać. Etykiety są potrzebne mediom, aby określić słuchaczowi czego może się spodziewać po nowym zespole o którym czyta artykuł. Z tego co zauważyłem każdy wykonawca ma problem z nazwaniem tego co gra. Myślę, że tak samo jak Pelican, Isis czy Cult Of Luna lubimy po prostu grać rocka. Stylistyka muzyki określanej jako "post" jest dość otwarta, zauważ, że ciężko sprecyzować jakie kryteria muszą być spełnione, aby do niej należeć. Możliwe, że niedługo ktoś stworzy jakieś nowe "tagi", do których byc może i my zostaniemy wrzuceni - jednak to nie nasz problem, raczej tych, co lubią szufladki. :)

W jakim kierunku zmierza Wasza muzyka? Planujecie w przyszłości trochę poeksperymentować, czy póki co pozostaniecie na obranej przez Was przestrzennej, kosmicznej ścieżce? Czy w Waszych głowach pojawiają się już jakieś ciekawe pomysły na drugą płytę?

Na razie mamy jeden nowy utwór, który swoją drogą zaprezentowaliśmy na falach radia PIK grając tam koncert. Powoli zaczynamy tworzyć nowy materiał, jednak nie jesteśmy jeszcze w stanie nic powiedzieć, w jakim kierunku to zmierza. Nasza pierwsza płyta Aura miała swoją premierę dopiero pół roku temu, więc mamy jeszcze trochę czasu, aby pomyśleć nad tym jak będzie wyglądała nasza ścieżka w przyszłości. Pewne jest natomiast to, że chcemy stworzyć coś lepszego niż debiut.

Nawet zespołom grającym instrumentalną odmianę muzyki rockowej przychodzi czasem na myśl, aby zaprosić do jednego utworu jakiegoś wokalistę. Myśleliście kiedyś o takiej niespodziance dla swoich fanów? Jeśli tak, to kogo widzielibyście w tej roli. Jaki głos pasowałby do Waszego stylu?

Tides From Nebula to zespół instrumentalny i na razie się to nie zmieni. Nie myśleliśmy nigdy nawet o gościnnych występach w naszej muzyce, ale jak to mówią "nigdy nie mów nigdy" - nie chcemy nic deklarować. Dobrze bawimy się grając instrumentalnie i póki, co nie widzimy sensu nawet myśleć o ewentualnie pasującym głosie, także odpowiedź na to zostawiam Tobie. :)

W grudniu znów odwiedzacie Bydgoszcz w ramach wspólnej trasy z Blindead i Broken Betty. Planujecie pozwiedzać trochę nasze miasto? :)

Chcielibyśmy, szczególnie że będzie to finał naszej grudniowej trasy. Z tego co zauważyliśmy będąc ten jeden wieczór w Twoim mieście to jest ono bardzo ładne i macie tutaj wiele ciekawych miejsc, które bez wątpienia chcielibyśmy zwiedzić, jednak jak to będzie dowiemy się w grudniu. :)

Skoro już jesteśmy przy koncertowaniu z innymi grupami, to jak wspominacie występy przed Caspian i God Is An Astronaut? Czy klimat grania z takimi gwiazdami jest nieco inny, aniżeli w trakcie dzielenia sceny z zaprzyjaźnionymi grupami znad Wisły?

Koncerty u boku GIAA i Caspian to była chyba jedna z najfajniejszych przygód w naszym życiu. Nigdy tego nie zapomnimy. Wbrew pozorom, klimat przed i po koncertowy jest tak samo luźny z takimi gwiazdami jak i z zaprzyjaźnionymi zespołami z kraju. Bardzo zżyliśmy się z obiema ekipami, cały czas trzymamy ze sobą kontakt. Caspian udostępniając online filmik ze swojej euro trasy nie zapomniał pokazać fragmentów wspólnej zabawy polegającej na tańcu do utworu Scatmana Johna na tyłach klubu Progresja w Warszawie. Grając w Olsztynie z Proghma-C pożegnaliśmy się wykonując wspólnie w 2 zespoły taniec "Macarena" pod klubem, w którym odbywał się koncert. Atmosfera na wrześniowej trasie była po prostu luźna, co redukowało stres związany z ogromnym zainteresowaniem ze strony słuchaczy koncertami z GIAA i Caspian. Z drugiej strony możliwość obcowania z takimi zespołami wiele nas nauczyła. Nieczęsto przecież jest okazja porozmawiania z ludźmi, którzy są przez ponad dwa miesiące w trasie. Dzięki temu zdobyliśmy trochę cennych informacji, które przydadzą nam się w przyszłości.

Ostatnie słowo należy do Was.

Dzięki za wywiad, powodzenia w rozkręcaniu stronki! Pozdrawiamy wszystkich czytelników tego bloga - zapraszamy na koncerty, w tym roku odwiedzimy jeszcze trochę polskich miast, więc jest szansa, że zawitamy nieopodal Ciebie. :)

Wielkie dzięki!

Myspace